Witajcie w wyjątkowo opóźnionym wpisie :)

Tym razem wpis niezwiązany jest w żaden sposób z programowaniem lub też pracą, tylko z lubieżnym leniwieniem się za granicą, które miało u mnie miejsce pod koniec września – czyli już ładny kawałek czasu temu :) Ponieważ dawno dawno temu byłem poza ojczyzną oraz Zakopane zaczęło mi się nudzić wybrałem Norwegię jako miejsce, które odwiedzę. Początkowo miała być Islandia, ale dobrze wyszło, że zmieniliśmy plany w rezultacie :)

Tyle słowem wstępu. Czas opowiedzieć jak wygląda świat poza naszą zepsutą Polską :)

Podróż

Opowieść zaczyna się niestety jeszcze w Polsce i nie jest oczywiście wesoła. Z racji iż samolot mieliśmy jakoś pod wieczór z Gdańska trzeba się było tam dostać ze stolicy jakoś przed odprawą. Generalnie mieliśmy do wyboru lot Wizz Air z Gdańska do Bergen lub Norwegian z Warszawy do Bergen. Wizz Air niestety wygrał ze względów cenowych. Niestety – bo jak się później okazało – wybór droższego Norwegiana byłby dla nas korzystniejszy cenowo i czasowo. Ale o tym zaraz. Wtedy nie był to problem – droga do Gdańska ze stolicy? Przecież to ważne połączenie kolejowe – nie powinno być problemów. Haha. Z Warszawy Zachodniej pociąg wyjechał o 8 rano by się spokojnie i bezpiecznie dotoczyć na 15 do Gdańska Głównego. Zawrotna prędkość 50 km/h. Ekspres InterCity – nie ma co!

Sam lot, mimo tego iż był to mój pierwszy, nie był jakiś wyjątkowy. No, może samolot się tylko trochę rozsypywał. W każdym bądź razie dotarliśmy na miejsce i tu pierwsze ciekawe spostrzeżenia.

Na początku byliśmy nieco zamotani zaraz po opuszczeniu lotniska, nie wiedząc gdzie, jak i czym się udać. Cała nasza podróż była mocno improwizowana ^^. W każdym bądź razie po rozmowie z taksówkarzami, poczekaliśmy na Flybussen do centrum.

Bergen

Generalnie bardzo sympatyczne miasteczko. Nie polecam przyjeżdżać w sobotę w nocy – znalezienie noclegu bez rezerwacji jest dość trudne, a nawet mając nocleg nie znajdziecie w centrum miejsca z jedzeniem i piciem w normalnej cenie. To drugie dotyczy całego weekendu – czynne są tylko niektóre sklepy delikatesowe i kiosko-podobne, gdzie wszystko jest makabrycznie drogie. Przykład: 1,5 litra wody mineralnej – 34 NOK, czyli 17 złotych! Kwatery, które nas uratowały przed spaniem na ulicy to Jacobs Appartments – czyli dormitorium młodzieżowe w dzielnicy akademickiej.

Jeśli chodzi o samo zwiedzanie miasta – to 2h spacerek po ulicach wystarczy całkowicie by zwiedzić lwią część ciekawszych miejsc. Sama architektura jak dla mnie była mocno ciekawa i nietypowa – ot, taka awangarda miasta po życiu w Warszawie :) Jest oczywiście sporo jakichś muzeów, galerii i oceanarium, przy czym wszystkie takie miejsca omijaliśmy szerokim łukiem (znowuż – ze względów finansowych). Absolutnie fajną rzeczą jest za to kolejka na punkt widokowy miasta – z niego zaczynają się także szlaki turystyczne na kilka pobliskich szczytów. Daleko im oczywiście do Tatr, jednak jest całkiem sympatycznie.

Zarówno w mieście, jak i na szlakach i ścieżkach górskich można zaobserwować ciekawe i dość nietypowe dla Polaka zjawisko – mnóstwo ludzi spędzających aktywnie czas – zarówno na rowerach, na rolkach, na śmiesznych deskach, biegając, czy też po prostu chodząc. Na ojczyźnie też trochę osób biega – fakt, ale zjawisko biegania w Norwegii jest znacznie bardziej popularne.

Sogndal

Sogndal to miasto położone w pobliżu największego norweskiego fiordu – Sognefjorden. Dla nas było to dobre miejsce wypadowe do 2 dużych lodowców w pobliżu – Jotunheimen i Jostedalsbreen. Z pewnych jednak ograniczeń całe nasze zdobywanie tychże lodowców dość mocno się  ograniczyło. Jotunheimen w ogóle został przez nas pominięty, a z Jostedalsbreen nasza przygoda zakończyła się na wejściu w kierunku Suphellenipa / Flatbreen wejściem w kierunku Flatbrehytta. Wejście całkiem przyjemne, jednak gdybyśmy tam trafili od razu, i gdybyśmy mieli samochód (aby nie musieć schodzić tak by wyrobić się na ostatni autobus powrotny, który był o 18) to pewnie byśmy dotarli zdecydowanie dalej. A tak niestety.

Tutaj mogę też jedną rzecz wspomnieć. Mianowicie oznaczenia tras. Jak już jakoś się na taką trasę dotrze – to jest dobrze i trudno się zgubić – przynajmniej do pewnej wysokości. Na wysokości gdzie nie ma już drzew, znikają także oznakowania, co jest trochę zaskakujące niestety. Inna sprawa, że nijak jest znaleźć materiały, mapki z oznaczonymi szlakami. Nie byliśmy w stanie czegoś takiego dostać. Owszem – jest dostępnych sporo bezpłatnych materiałów informacyjno-turystycznych. Ale zdecydowanie daleko im do przeciętnej mapki jaką można w Polsce kupić :)

Trzy pozostałe dni spędziliśmy na leniwieniu się w hotelu oraz po łażeniu po pobliskich górach, gdzie zobaczyliśmy miejsca o tak ciekawych nazwach jak Helgasette – maleńka mieścinka na wysokości ok. 800m, do której idzie się ścieżynką poprzez las, oraz tereny wypasu owiec oraz Ljøtaholet – jakaś wypaśna i głeboka dziura w ziemi, którą zauważyliśmy dopiero przy schodzeniu :)

Tutaj przy okazji mógłbym kilka słów o naszym hotelu wspomnieć  - Park Hotell – jak na Norwegię standard podobno średni (bo i w cenie średniej w porównaniu z innymi hotelami), ale jak na Polskie warunki, to były minimum ****. I do tego śniadania w cenie. Śniadania były po prostu mistrzowskie – co prawda zwykły szwedzki stół, ale dobór ingrediencji śniadaniowych, jak i fakt, że analogiczne śniadanko na mieście, lub kupione w supermarkecie kosztowałoby nas majątek, sprawiały, że jadło się z przyjemnością i przez resztę dnia było się najedzonym :)

Powrót do Bergen i kilka innych spostrzeżeń

Powrót do Bergen – dla odmiany autobusikiem, który okazał się być nieco lepszy od promu. Raz, że tańszy, dwa – nieco lepsze widoki. Ponadto jechaliśmy dzięki temu przez najdłuższy tunel świata (jeszcze przez jakiś czas bynajmniej. Austriacy pracują nad konkurencją). Tunel nazywa się Laerdalstunnelen, ma 25 km i dla bajeru podzielono go na 4 części, a pomiędzy każdą częścią zrobiono dość dużą grotę oświetloną niebieskim światłem. Ot, tak po prostu ^^. W linku do Wikipedii, który zamieściłem można zobaczyć zdjęcia.

Jeśli zaś chodzi o spostrzeżenia na temat pobytu w Norwegii – wręcz brak słów. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu :). W Polsce mamy to co mamy (w tym polskie Tatry, które w dalszym ciągu są lepsze od norweskich fiordów – przynajmniej dopóki się ich nie zniszczy), jednak jako narodowi brakuje nam takiej otwartości i kultury, jaką prezentują Norwegowie. Jako turyści nie natknęliśmy się na jakikolwiek przejaw niechęci wobec obcokrajowców z takiego zacofanego kraju jak Polska. Wszyscy byli niesamowicie otwarci i chętni do pomocy. Inna sprawa, że prawie wszyscy mówili bez większych problemów po angielsku, mimo iż język ten nie jest u nich urzędowy! W Polsce próba kupienia biletu po angielsku na dworcu międzynarodowym jest pewnego rodzaju ruletką, w Norwegii – no problem :)

Kolejna rzecz – kultura i poziom cywilizacyjny. Podczas całego pobytu rzeczy, o które się najmniej obawiałem, to to czy zamknąłem drzwi, nie zostawiłem czegoś, nie zasunąłem plecaka, itd.  Prawdopodobieństwo, że zostalibyśmy okradzeni w Norwegii jest niesamowicie niskie (chyba, że przez innych, “mądrych” Polaków). Może to wynikać co prawda z tego, że to naprawdę bogaty naród i wszyscy zarabiają tyle, że są w stanie godnie żyć itd., ale dla odmiany nie widać jakiejś zachłanności, która w Polsce jest notoryczna (nachłapać, nachłapać, zająć koryto i nie odpuścić). Po pobycie w Norwegii jakoś inaczej na to patrzę i w tym co do tej pory uważałem za normę w Polsce, uważam obecnie zdecydowanie za patologię.

Kolejna rzecz, jaka przychodzi mi na myśl wręcz z mieszanymi uczuciami to przechodzenie po pasach. W Norwegii bowiem będąc pieszym wystarczy tylko spojrzeć w stronę pasów by samochody zaczęły już hamować i zatrzymywać się! To było po prostu fascynujące! I było powodem pewnej frustracji gdy zauważyliśmy, że to standard. W Polsce na zielonym świetle na pasach trzeba nieźle uważać by nic Cię nie przejechało, a tu – nie ma świateł, tylko pasy – i zero problemów :). Można wysnuć tezę, że panuje tu bardzo wysoka kultura jazdy. Nie jest to jednak do końca prawda. Co prawda pieszy jest świętym na pasach, tak np. nie ma tutaj kultury ustępowania pierwszeństwa np. wyjeżdżającemu z pętli autobusowi. Kierowca jest w stanie ruszyć dopiero gdy nikt nie będzie mu nadjeżdżał, bo nikt go w międzyczasie nie wpuści. Może nie jest to oznaka braku kultury jazdy, czy znajomości przepisów (notabene w Norwegii zdanie prawo jazdy jest nie lada wyczynem – jak dobrze kojarzę 3 lata się je wyrabia i ma się przy okazji szkolenie niczym kierowca rajdowy), ale np. konkretna mentalność lub też przy pełnej synchronizacji wszystkiego takie sytuacje nie mają prawa się zbyt często zdarzać.

Podsumowanie

Powrót do kraju jak zwykle był mocnym rozczarowaniem. Na dzień dobry przywitały nas wszystkie rzeczy, o których zdążyliśmy już zapomnieć. Czyli transport, brak organizacji, spanie na dworcu, brak zapowiedzianego autobusu, itp. itd. No… jak zwykle. Smutno trochę, ale zmusza to do pewnych refleksji, w wyniku których muszę stwierdzić, że naprawdę odpowiadałaby mi przeprowadzka na stałe do Norwegii. Już nawet odliczając kwestię, że mógłbym wtedy zarabiać zdecydowanie więcej, to sama mentalność oraz aparycja Norwegów jest mi niezwykle miła. No i co tu dużo ukrywać – Norwegowie nie robią sobie tylu problemów co Polacy. Nie mają przez to życia pełnego frustracji i innych przywar… Nah, co tu dużo mówić.

Pozostaje teraz tylko uczyć się języka i po studiach powiedzieć – żegnaj Polsko, witaj Norwegio (albo Nowa Zelandio – jeszcze nie zdecydowałem :))

Poniżej link do albumu Picasy ze wszystkimi zdjęciami z podróży.

Album ze zdjęciami z podróży

Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, że zaszczepiłem trochę zainteresowania w tym wyjątkowym kraju